,

W biegu zagubiony

w biegu trener osobisty Marcin Tomczyk

Miało być 30 minut luźnego biegu. Nowa trasa. Zero asfaltu. Drzewa, ptaki i czasem jakiś spacerowicz i jak się potem okazało, tylko jeden biegacz. Po 10 min. byłem już na tyle daleko od Klubu, że mogłem biec trasą, której początek, już kiedyś poznałem. Mostem nad Roździeńskiego z łypnięciem okiem na trzy-pasmówkę, gdzie auta wiozły na siedzeniach różne ludzkie historie.

Dobre w zasadzie miejsce, by zrobić tam trening. Nawierzchnia mostu równa. A na dole, trzy pasy w jedną, trzy pasy w drugą. Ludzi na moście zwykle mało. Mięśnie jeszcze nie rozgrzane, biegnę zatem tępo, a jednocześnie kompatybilnie ze swoim stanem intelektualnym. Ostatnim razem wybiegliśmy gdzieś na Milowicach, więc tym razem postanawiam skręcić wcześniej. Za jeziorkiem.

W biegu!

Wybiegam koło schroniska dla zwierzaków. Wiem gdzie jestem! Już widzę, jak wszyscy razem biegniemy tą samą trasą, ale w zimie, w zaspach, przedzierając się przez śnieg, który własnymi nogami rozdziewiczamy. Nad nami gałęzie uginające się od ciężaru śniegu, i pomimo zapadniętego już zmroku, odnajdujemy trasę pośród prowadzącej nas bieli ;). Dobiegam do rozwidlenia, nie pierwszego, lecz wcześniejsze decyzje, automatyczne, były trafne. W głębi rozpoczyna się dialog: czy w lewo, czy w prawo? W lewo, będę kierował się chyba do wylotu, a w prawo będę zdaje się oddalał. Nieopodal powinien być mocny spad w dół, a potem już tylko dawnym torowiskiem do Roździeńskiego na most.

trener personalny Katowice Sosnowiec sporty walki

Czy jednak zwykle biegłem w lewo, czy w prawo? W lewo, zdaje się bliżej, a w prawo dalej. Skoro w lewo bliżej, to pewnie zawsze biegłem w prawo, bo dalej. Tak, na pewno zawsze biegłem w prawo, bo na łatwiznę nie idę! Po kilku minutach, odnoszę wrażenie, że nie tędy droga. Cóż, jest jednak, skręt w lewo. Skręcam. Pewnie wrócę na „lewicową” trasę. Nie wikłając się w politykę, w tamtym momencie, „prawica” na którą wbiegłem, sprowadziła mnie na manowce. Skrót zawiódł. Krążę, kręcę, czasem udaję zadumę. Pojawiły się dziwne zabudowania, a schronisko, które wcześniej mijałem po prawej, zamiast zostawić je w tyle, znów jest po mojej prawej, ale obserwuję je z górki.

Zagubiłem się?

Nie, nie wrócę się! Biegam już ponad wyznaczony limit, więc już mi się nie śpieszy. Właśnie rozpocząłem przecież swoje wakacje. Dzień wcześniej rozliczyłem się podatkowo ze skarbówką, więc… Więc być może rozdroże, na które wpadłem, to takie rozdroże pomiędzy tym, co z góry ustalone i znane, konieczne, a tym, co wolne, nieujarzmione, nieodkryte, swobodne. Rozdroże, pomiędzy codziennymi obowiązkami, a szukaniem szlaku w swobodzie, w niekonieczności, w bezczasie. Zagubiłem się w lesie, ale też odnalazłem drogę do wakacyjnego siebie, gdzie nic nie muszę, i to mi bardzo pasuje. Nie umawiam się, nie podejmuję zobowiązań, odpisuję na smsy, gdy chcę, czasem odbiorę telefon. I znów most nad Roździeńskiego, przeplatanie biegu z marszem, wdychanie zapachów, i poczucie, że wreszcie się rozgrzałem :). Krótka przebieżka, zamieniła się w niemal 1,5 h wypad! 🙂 Wybiegłem w czasie pracy, a wróciłem w wakacje. Czy to nie magia? 😉

W biegu…;)

0 replies

Leave a Reply

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *