Dość częsta strategia osób, które chcą coś zmienić i pragną wytoczyć wszystkie działa na wojnę, na którą się wybierają. Każde odstępstwo od nowo przyjętej strategii, stawia na szali zawieszenia obranego kursu – Wszystko, albo nic!

Pilnujesz diety, starasz się dobrze odżywiać, ale dziś zjadłeś czekoladkę, lody, więc cały dzień już spieprzony i nie warto już trzymać diety, bo przecież, albo jesteś na diecie, albo nie jesteś. Dzień, jak dzień, gorzej, gdy będzie to tydzień albo miesiąc. Coś jest albo czarne, albo białe.

Postanowiłem zacząć trenować, ale nie wiem, czy będę mógł robić to regularnie, na 100%, więc nie warto, bo robię to albo na całość, albo w ogóle. Zacznę trenować, gdy moje warunki do treningu staną się idealne, gdy będę mógł trenować odpowiednią ilość razy w ciągu tygodnia, która zapewni mi odpowiednie efekty. Zacznę trenować wówczas, gdy będę miał pełną kontrolę nad warunkami do treningu.

A może żaden sukces nie jest wystarczająco dobry, by się nim cieszyć? Nigdy nie jesteśmy u celu,  ciągle w drodze, a nasze zadowolenie nie nadąża za ambicją.

Wszystko, albo nic…

Czy to aby odpowiednia strategia?

Niestety, ale nie jesteśmy w życiu w stanie wszystkiego kontrolować, a taka strategia właśnie kojarzy się z taką kontrolująca postawą, która nie pozwala na odstępstwa, niezaplanowane odstępstwa, jak i odstępstwa wynikające, z naszej słabości.

W sporcie obciążenia treningowe też nie są dobierane maksymalnie do możliwości, lecz optymalnie do rozwoju danego zawodnika, do jego aktualnej formy i celów treningowych. Taka arystotelesowska droga “złotego środka”. Nadmierne obciążenia gwarantują szybki start, ale równie szybkie spowolnienie dalszych efektów. Optymalne obciążenia pomagają osiągać wzrost, a jednocześnie nie przeciążać organizmu. Oczywiście doświadczeni zawodnicy balansują na granicy przetrenowania, lub wprowadzają celowe przetrenowanie do swoich treningów, by później, odcinając kupony od superkompensacji, forma wystrzeliła w górę.

Warto zastosować metodę małych kroków, gdzie z zanadrzu będziemy mieli również cięższą artylerię. Chcąc zacząć zdrowiej się odżywiać, nie jest konieczne, by nagle przerzucać się na reżimowe odżywianie. Być może warto zacząć od wyłączenia jednego składnika z naszej diety, który jest dla nas szkodliwy. Taki mały krok. A może zamiast obcinać czegoś z menu, to może coś dodać. Np. po przebudzeniu, wypić wodę z miodem i cytryną. Doda energii, usunie toksyny, a do tego jest to pyszne. Jeśli wcześniej była to kawa, to kawę przesuńmy na południe, byle nie pić jej zaraz po przebudzeniu. Spokojnie, nie wszystko od razu. Może jeśli zanim wypijemy kawę, zjemy porządne w tym czasie śniadanie, wyśpimy się, to kawa już nie będzie nam tak potrzebna i wypijemy ją dla smaku, a nie dla postawienia na nogi. A co jeśli kawa wygra z nami? Nic! My już postanowiliśmy i jeśli tylko nie uznamy, że teraz, to już wszystko nie ma sensu (“wszystko albo nic”), to kolejnego dnia, znów mogę spróbować od wody i śniadania. Później mogę wyłączać cukier, biały chleb, lub stosować zdrowsze zamienniki. Bycie na diecie, lub stosowanie diety, nie ma tylko odcienia czerni, lub bieli. Niech będzie to raczej przygoda, gdzie możemy doświadczać pełniej siebie, w zmaganiu się z sobą, postrzegania swoich słabości, postrzegania siebie takimi jakimi jesteśmy. Przypomina mi to trochę konkluzję z niedawno odbytej rozmowy: “jeśli już masz problemy, to dobrze o nich wiedzieć” :). Jeśli masz jakieś słabości, też warto o nich wiedzieć, a nie udawać, że ich nie ma. Praca nad sobą nie polega na negowaniu tego, co jest w nas.

Czy zatem wszystko albo nic?

Wydaje się, że nie, bo prowadzi do frustracji, ścigania się z sobą i innymi, a na domiar złego, nie pozwala się cieszyć z drogi, jaką przebywamy. A przecież niezależnie, czy walczymy z uzależnieniem (przykładowo od cukru), czy próbujemy poprawić naszą fizyczną formę, to jesteśmy ludźmi, którzy SĄ w danej chwili, SĄ w tej chwili, nie w przyszłości i warto podejść do siebie z wymaganiem, ale i z wyrozumiałością do takich, jakimi jesteśmy, bo JESTEŚMY wciąż w procesie zmian.

Ponadto, taka postawa – wszystko, albo nic – zdaje się przeczyć postawie dobrej zabawy, która zawsze jest zdrowsza od narzucania sobie więzów, pętania się, a potem strzelania do siebie, gdy wyłamiemy się z obranej drogi. Przypomina to trochę postawę zawodnika, który chcąc wygrać za bardzo, tak bardzo się spina, że przegrywa. Optymalne pobudzenie natomiast, właściwe podejście do walki, cieszenie się z możliwości walki, entuzjazm do występu, jest większą gwarancją wygranej, choć nie jej ostatecznym gwarantem. Niestety, nie mamy wpływu do końca na ostateczny wynik walki. Są jeszcze sędziowie i przeciwnik :).

Czy to oznacza, że nie trzeba ciężko pracować nad sobą, by nie podchodzić poważnie do swoich przedsięwzięć? Czy jeśli nie będę na najwyższym miejscu na podium, to walka nie ma sensu? Czy tylko wówczas sens jest biegać, gdy moje życie będzie przewidywalne?

Warto dawać z siebie tyle, ile możemy, trenować ciężko, odżywiać się mądrze, ale podchodzić do siebie z większym dystansem. Ciężka praca wzmacnia charakter, podobnie, jak ciężki trening, utrzymywanie diety. Dychotomiczne natomiast postrzeganie naszego postępowania, wynika bardziej z naszych deficytów, niż z siły i często prowadzi do frustracji i zniechęcenia.